to mój blog

Zez u Ireny Eris

Nie, oczywiście, że nie. Irena Eris nie ma zeza.

Ja mam. Dlatego zwracam uwagę na każdego, kto też ma.

Wiem, u mnie nie widać. Wyćwiczyłam, żeby nie było widać.

Nie da się? Da się! Serio.

Wyobraźcie sobie nastolatkę, która na co dzień chodzi do babińca (żeńska klasa – przyp. autora) i ma wybrać się do dyskoteki w technikum kolejowym, gdzie przeważa płeć męska.

Zrobi wszystko, żeby pozbyć się balastu – w tym wypadku zeza, którego widać, gdy zdejmie okulary. A przecież w okularach iść na dyskotekę to siara (wstyd – przyp. autora), więc trzeba zrobić wszystko, żeby po ich zdjęciu nie było widać zeza. Patrząc w lustro, wyczułam, kiedy oko się prostuje, i tak długo ćwiczyłam, aż przestało uciekać (zezować).

Ale do rzeczy. Miało być o zezie u Ireny Eris. Nie, nie u pani Ireny.

Swego czasu byłam służbowo na Wzgórzach Dylewskich – w hotelu i spa Ireny Eris. I tam… recepcjonista miał zeza!!! Rany boskie! Recepcjonista!

Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić recepcjonistę z okiem wędrującym po orbicie głowy? Ja tak.

Ja już potrafię to sobie wyobrazić. Mało tego – ja go widziałam! Ale to nic.

Był genialny. Po prostu genialny.

Powiedzieć, że „to właściwy człowiek na właściwym miejscu”, to nic nie powiedzieć.

Kupowanie produktu zaczyna się od kontaktu z pierwszym człowiekiem, który go sprzedaje. Jak dla mnie usługę hotelu i spa zaczyna sprzedawać recepcjonista.

I ten pan sprzedawał. Sprzedawał przez duże S – obsługą, sobą i wszystkim, co robił na swoim stanowisku. Nie wiem, kto go rekrutował. Jeśli Pani, Pani Ireno, to ma Pani doskonałą rękę do personelu. Jeśli ktoś inny, to również jestem pełna szacunku – ma Pani świetnych ludzi od rekrutacji.

Teraz ponownie uruchom wyobraźnię, Droga Czytelniczko.

Od kilku godzin jedziesz samochodem, a od dwóch – poruszasz się leśnymi duktami. Ciemna noc. Tak ciemna, że między drzewami błyszczą jedynie oczy gospodarzy terenu – saren, lisów. W dodatku takie zadupie, że psy… wiesz, czym szczekają. Pięknie. To znaczy jutro będzie pięknie, gdy zobaczysz to miejsce w słońcu, bo dzisiaj tylko wkurw i czarna dupa.

Zajeżdżam na parking. Wyładowuję walizę i przybory szkoleniowe, bo przecież jutro czeka mnie robota. Uczestnicy piją, bo mogą, w końcu szkolić się będą dopiero jutro. A jutro jest jutro – to ja będę się martwić, jak ich reanimować, żeby zrobić coś, co będzie miało sens.

Ale do rzeczy, znowu czas na włączenie wyobraźni.

Wchodzę do holu. Za kontuarem recepcjonista. Gdy podchodzę, podnosi głowę. Patrzę i… padam. Mentalnie padam. Facet z zezem. Takim, że nie potrafię oderwać wzroku. W głowie kopię się w tyłek, bo przecież nie wypada tak się wpatrywać, ale nie mogę, no nie mogę przestać! Gapię się. Wydaje mi się, oczywiście, że robię to nieznacznie, ale czy jesteście w stanie wyobrazić sobie delikatne gapienie? No właśnie! Albo się gapisz, albo się nie gapisz.

A ja się gapiłam. Facet jak gdyby nigdy nic zaczął mnie obsługiwać, nie zwracając uwagi ani na moją głupią minę, ani na babę stojącą przed nim, która również udawała, że nic.

Zaczyna obsługiwać. OB-SŁU-GI-WAĆ!

Ludzie, jak on to robił…! Poczułam się jak księżniczka! Nie, księżniczka to za mało. Poczułam się jak żona szejka. I nie jedna z wielu w haremie, ale ta jedyna, szejkowa. Tak, poczułam się jak żona szejka, to właściwe określenie.

Czy możecie sobie wyobrazić, że słuchanie o numerze pokoju (234) i śniadaniu podawanym od 6.30 do 10.30 może być muzyką dla uszu? Ja też nie mogłam, dopóki tego nie przeżyłam. Zarówno to, co recepcjonista robił, gdy mnie meldował, jak i sposób, w jaki się do mnie zwracał, powodowały, że… przestawałam dostrzegać zeza! W międzyczasie odebrał telefon. Rany boskie…! Nie chciałabym znaleźć się po drugiej stronie kabla. A może chciałabym…?

I teraz: czy praca recepcjonisty może być pracą marzeń? Tego nie wiem, ale na pewno może być czymś, co się lubi, jeśli lubi się ludzi i lubi się swojego pracodawcę. Czyli da się. Można znaleźć taką pracę, żeby chciało się wykonywać ją bez marudzenia i mówienia: „bez sensu, do dupy, nie chce mi się”. Powiem więcej: można aplikować i zostać przyjętym, nawet mając pseudodefekt, który w oczach niektórych teoretycznie w dzisiejszym świecie dyskwalifikuje do wykonywania pewnych zawodów.

I to jest super. Może gdyby więcej kandydatów miało odwagę ubiegać się na stanowiska, na które w opinii „życzliwych” nie powinni aplikować, bo „na pewno nie zostaną przyjęci”, bo „na to stanowisko to tylko po znajomości”, bo „ty się nie nadajesz, jesteś za wysoki, za niski, czarny, blond, rudy, piegowaty, pryszczaty, z kartoflowatym nosem, z drugim podbródkiem”. Może gdyby więcej pracodawców miało odwagę zatrudniać ludzi niebanalnych, wyróżniających się z tłumu, świat zawodowy stałby się znacznie bardziej życzliwy, przyjazny i miło niesztampowy. Bo może zapełnialiby go ludzie, którzy lubią wykonywać określone zadania i właśnie tam chcą pracować. A wtedy w deszczowy, smogowy poranek może wstawałoby się lepiej. Wszystkim. Tego nam życzę.

A pani Irenie gratuluję personelu na Wzgórzach Dylewskich, bo nie tylko pan w recepcji był genialny. Osobny artykuł powinien powstać o paniach pokojówkach i kelnerkach przynoszących śniadanie. I nie jest to lokowanie produktu, tylko prawda. Szczere przeżycie.

Ostatnie wpisy